top of page

Dziewczyna, która nie rozpoznawała drapieżników

20 godzin temu
11 minut(y) czytania

O naiwności, utraconej szansie i odzyskiwaniu własnej mocy

Był taki czas, kiedy miałam swojej Naiwnej serdecznie dość. Obwiniałam ją o zranienia, odrzucenia, samotność. O sytuacje, w których ktoś naciskał, przekraczał moje granice, realizował coś moim kosztem, a ja orientowałam się za późno. „No i po co mi była ta twoja ufność?” — miałam ochotę zapytać. „Jakoś mnie nie obroniłaś”.

W końcu upchnęłam ją gdzieś na pograniczu nie-pamięci. Nie chciałam już być dziewczyną, która wierzy ludziom, a potem zbiera konsekwencje. Dzisiaj widzę, jak osobliwy to sposób rozwiązywania problemu: wygnać z siebie tę część, która została skrzywdzona. Jakby to ona była winna temu, że inni potrafią krzywdzić.

A jednak coś mnie w niej nieustannie zastanawia. Jakim cudem — i po jaką cholerę — tak naiwna dziewczynka rodzi się w stadzie drapieżników? W jej odczuciu od początku jest podgryzana: złośliwości, manipulacje, jawna i ukryta agresja, cudze interesy podawane jako rzecz oczywista. A ona jeszcze woła bojowo: „Ja na pewno nie będę taka jak oni!”. Pięknie. Tylko potem znów potyka się o kły i pazury.

Czy naprawdę była po prostu niemądra? A może nie rozpoznawała czegoś, czego nie nauczono jej rozpoznawać? Albo — to pytanie jest dla mnie jeszcze ciekawsze — jej naiwność do czegoś była w tym systemie potrzebna?

Mam dla was historię. Trochę śmieszną, trochę bolesną. I nie zamierzam kończyć jej radą: „Naucz się mówić nie”. Gdyby to było takie proste, nie miałabym o czym pisać.


Prawie zostałam fotomodelką

Kiedyś prawie zostałam fotomodelką.

Mówię „prawie”, bo nie wiem, czy ktokolwiek rzeczywiście chciałby mnie zatrudnić. Nie zdążyłam się dowiedzieć. Przegrałam z rodziną pewnego starszego pana. W dodatku nie swoją rodziną.

Ale po kolei.

Byłam młodą dziewczyną. Pracowałam dorywczo w szatni w zespole szkół, a jednocześnie uczestniczyłam w programie przygotowującym dziewczyny do modelingu i fotomodelingu. Był ruch sceniczny, savoir-vivre, sesja zdjęciowa — cały ten świat, w którym człowiek zaczyna podejrzewać, że może właśnie otwierają się przed nim jakieś drzwi. Na koniec miała się odbyć selekcja. Czy oznaczała konkretne zlecenia, czy dopiero szansę na nie? Nie pamiętam. Pamiętam za to, jak bardzo chciałam tam być.

I właśnie na ten dzień starszy kolega z szatni potrzebował wolnego. Przyjeżdżała rodzina. Ważna sprawa. Trzeba było pomóc. On naprawdę musiał, a ja przecież mogłam.

No, teoretycznie mogłam. Tylko że ja też miałam powód. Nie byle jaki. Finał programu, do którego się przygotowywałam, i marzenie, które może nie zmieniłoby mojego życia, ale chciałam przynajmniej dać mu szansę.

Tłumaczyłam to. Mówiłam, że nie mogę. Miałam argumenty, plany i własną niezgodę. To nie było tak, że uśmiechnęłam się i od razu zaproponowałam pomoc. Starszy pan prosił, przekonywał, naciskał. A kiedy mówiłam „nie”, on jakby nie słyszał odpowiedzi. Przedstawiał kolejne racje i nadal oczekiwał, że ustąpię.

I w końcu ustąpiłam.

On potrzebował wolnego — i je dostał. Ja potrzebowałam być na finale — i mnie tam nie było. Piękny podział potrzeb. Jedna została zaspokojona. Druga musiała wykazać się zrozumieniem.

Zostałam w szatni.

Wiecie, co mnie w tym najbardziej boli? Nie utrata kariery, która przecież nigdy nie była pewna. Boli mnie wspomnienie, że wiedziałam. Wiedziałam, czego chcę, wiedziałam, co tracę, i próbowałam tego bronić. Nikt mnie nie przekonał lepszym argumentem. Po prostu nie wytrzymałam wielokrotnego napierania człowieka, który nie respektował mojej odmowy.

Nie zmieniłam zdania. Poddałam się naciskowi.

To rozróżnienie przyszło do mnie dużo później. I sporo kosztowało.


Wolisz słuchać niż czytać? Tę historię opowiadam także przy filiżance kawy w cyklu „Cappuccino z IRI”. Nagranie zawiera część z osobistą opowieścią, a poniżej rozwijam to, co zaczęłam rozpoznawać po latach od tego wydarzenia.

▶  [Miejsce na film z YouTube]


Kawa, która mogła znaczyć coś więcej

Ale w tej historii jest jeszcze drugi mężczyzna.

W programie uczestniczył lokalny dziennikarz. Prowadził dla nas zajęcia. Zaprosił mnie na kawę. Nie pamiętam dokładnie, w jakim kontekście. Może chodziło o zdjęcia, może o pracę, a może zwyczajnie o rozmowę. Mieliśmy się też zobaczyć podczas finału.

Dla mnie zaproszenie na kawę oznaczało zaproszenie na kawę. Koniec. Kropka. A przecież mogło oznaczać również zainteresowanie mną jako kobietą, próbę zbliżenia, jakieś niewypowiedziane oczekiwania. Mogło, oczywiście, oznaczać wyłącznie kawę. Nie wiem, jakie miał zamiary, i nie zamierzam mu ich po latach dopisywać.

Rzecz w tym, że ja w ogóle nie stawiałam sobie pytania: „A czego on właściwie chce?”. Nie rozważałam różnych możliwości. Nie myślałam o tym, czego sama chciałabym od takiego spotkania ani co zrobię, jeśli nasze oczekiwania okażą się różne. I chyba właśnie to dzisiaj uderza mnie najbardziej.

Byłam wtedy trochę hop do przodu. Chciałam być swobodną, nowoczesną młodą kobietą. Pocałunek w policzek na powitanie? Dla niektórych zwyczajna rzecz, a dla mnie kawałek tego wielkiego, wyluzowanego świata. W rzeczywistości nie czułam się aż tak swobodnie, jak się zachowywałam. Ale skoro w świecie dorosłych tak się robi, uznałam chyba, że trzeba się dostosować.

Świetnie odgrywałam kobietę, która wie, co robi. Miałam tylko jeden drobny problem: nie zawsze wiedziałam, w jakiej właściwie sytuacji się znajduję.

Na finał nie przyszłam. Byłam przecież w szatni.

Czy tamto zastępstwo przed czymś mnie uchroniło? Nie mam pojęcia. Nie wiem nawet, czy ze strony dziennikarza istniało jakiekolwiek zagrożenie. Nie było spotkania, podczas którego mogłabym to sprawdzić. Widzę tylko paradoks: wobec jednego mężczyzny nie potrafiłam obronić własnej decyzji, a wobec drugiego nie przyszło mi nawet do głowy, że mogę potrzebować ochrony swoich granic.

Jednemu ustąpiłam kosztem marzenia. Drugiemu ufałam, choć właściwie go nie znałam. W obu sytuacjach brałam cudze słowa za pełny opis rzeczywistości. Starszy pan ma ważny powód. Dziennikarz zaprasza na kawę. Koniec analizy.

A przecież człowiek ma własne potrzeby, pragnienia i interesy. Czasem zupełnie niewinne. Czasem niezgodne z naszymi. A czasami potrafi wyczuć, na co nacisnąć, żeby dopiąć swego.

Nie chodzi o to, żeby wszędzie węszyć podstęp. Chodzi o możliwość zadania sobie pytania: „Co naprawdę dzieje się między nami?”. Mnie brakowało nawet tej chwili zatrzymania.


Miałam głos. Tylko mój głos nie zatrzymywał silniejszego

Kiedy po latach zaczęłam rozplątywać swoje reakcje, wracałam myślami do tamtej szatni. Można by nazwać to nieasertywnością. Można przywołać samowyciszanie — zjawisko, w którym człowiek ogranicza własne potrzeby i działania, żeby uniknąć konfliktu albo utrzymać relację. To coś tłumaczy. Ale mnie interesowało, dlaczego w chwili nacisku traciłam dostęp do skutecznej obrony własnej decyzji.

Bo przecież ja nie byłam dziewczyną, która nie umiała powiedzieć „nie”. Powiedziałam je. Protestowałam. Mój głos istniał. Tylko nie miał mocy sprawczej wobec kogoś, kto postanowił go nie przyjąć.

I przypomniał mi się dobrze znany układ z dzieciństwa. Ojciec mówi „nie”. Dlaczego? „Bo nie”. „Bo tak mówię”. „Dla twojego dobra”. A czasami, z dzisiejszej perspektywy, powiedziałabym: dla własnej wygody. Mój sprzeciw nie zmieniał decyzji. Bywał ignorowany i przełamywany. Zdarzała się też kara fizyczna.

Pomyślcie o dziewczynce, która mówi, czego chce, złości się, protestuje, próbuje bronić swojego miejsca. Nie idzie przecież na wojnę. Domaga się czegoś na miarę swoich kilku lat. A dorosły odpowiada całą swoją przewagą. Jakby ktoś na dziecięce „nie” wyciągał armatę.

Czego się wtedy uczysz? Że twoja złość jest zła? Że nie masz prawa chcieć? A może przede wszystkim tego, że nie opłaca się dłużej stać przy własnym zdaniu, bo cena sprzeciwu jest nie do wytrzymania?

I tu jest rzecz, której przez lata nie umiałam nazwać. Dziecko może bać się własnej siły nie dlatego, że kogoś nią skrzywdziło, ale dlatego, że jej wyrażenie sprowadzało na nie cudzą niszczącą reakcję. Może też obiecać sobie: „Nie będę taka jak oni. Nigdy nie zadam nikomu takiego bólu”. A potem, razem z możliwością krzywdzenia, odsunąć od siebie również tę siłę, która mogłaby je ochronić.

To już nie jest zwykła kwestia dobrych manier. To sposób uczenia się, czy wolno mi zareagować, kiedy coś mi nie odpowiada.

Dorastanie samo z siebie nie zrzuca z nas starego opierzenia. Mamy dowód osobisty, pracę, dorosłe ciało, własne plany. A w pewnych sytuacjach odpowiadamy tak, jakby nadal obowiązywały reguły z rodzinnego domu.

Ile to kosztuje? Nie tylko jeden finał, na którym mnie zabrakło. Kosztuje kawałki życia, których nie da się odtworzyć. Szanse, które minęły. Relacje, w których człowiek zostawał za długo. Decyzje, które oddał innym. I gniew kierowany potem przeciwko sobie: „Jak mogłam być taka głupia?”.

Ale jest w tym jeszcze drugi problem. Możesz mieć w sobie czucie, które sygnalizuje niezgodę, coś nieswojego, coś niebezpiecznego, a jednak nie odczytać go jako informacji wymagającej działania. Nie twierdzę, że pamiętam każdy sygnał swojego ciała z tamtego czasu. Wiem natomiast, że rozpoznawałam sprzeciw i nie umiałam go skutecznie wykorzystać. W innych sytuacjach nawet nie brałam pod uwagę możliwości zagrożenia.

Nie wystarczy czuć, że coś jest nie tak. Trzeba jeszcze umieć rozpoznać znaczenie tego sygnału i pozwolić sobie na odpowiedź, która nas ochroni.

To jest dla mnie sedno zaburzonej kalibracji percepcji. Nie uruchamiałam ochronnego rozpoznania wtedy, gdy było mi potrzebne — a kiedy już wiedziałam, że coś jest nie w porządku, brakowało mi skutecznej odpowiedzi.


Kiedy miłość, kontrola i bliskość mają tę samą twarz

Nie chcę sprowadzać całego swojego życia do jednej historii o ojcu i jednej historii o szatniarzu. Zaczęłam jednak pytać, jak właściwie uczy się świata dziewczynka, która dostaje sprzeczne komunikaty o miłości, bliskości, własnej woli i granicach.

Jako mała dziewczynka byłam „córeczką tatusia”. Mówiłam do ojca po imieniu. Po latach, również dzięki obserwacjom w ustawieniach systemowych, zaczęłam przyglądać się temu, jakie miejsce zajmowałam w rodzinie. Córka szuka przecież taty. Nie partnera, nie przeciwnika, nie człowieka, którego uczucia i potrzeby ma obsługiwać. Taty.

A jeśli rodzic z własnych powodów stawia dziecko w pozycji, która do niego nie należy? Jeśli przychodzisz po miłość, a dostajesz kontrolę? Szukasz bliskości, a otrzymujesz zawłaszczenie? Kiedy próbujesz się oddzielić, twoje „nie” staje się dla dorosłego problemem, który trzeba złamać?

Dziecko nie dostaje do tego instrukcji z legendą: „Uwaga, w tej chwili twój tata odpowiada ci z miejsca, które wcale nie należy do relacji ojciec–córka”. Dla dziecka to wciąż ten sam tata. Ten, którego kocha, potrzebuje, szuka. Więc jak ma odróżnić troskę od kontroli, miłość od podporządkowania, bliskość od przekroczenia?

I tu wracają do mnie obrazy z ustawień. Bywa, że człowiek żyje tu i teraz, ale jego reakcja jakby należy do kogoś z wcześniejszej historii. Matka patrzy na syna, a odpowiada z lękiem i gniewem, które dotyczą dawnego oprawcy. Syn szuka mamy, próbuje ją ochronić i odzyskać. W obrazie, który rozważam, może nawet wejść w miejsce oprawcy — jakby domknięcie dawnej sytuacji miało wreszcie przywrócić mu tę kobietę jako matkę. I oto paradoks: zaczyna reprezentować tego, z którym walczy. A potem, już jako ojciec, może odtwarzać kontrolę wobec własnej córki. Chciał ochronić matkę przed krzywdą, a sam zaczyna krzywdzić swoje dziecko.

Szach-mat. Chciałeś ocalić, a zaczynasz odtwarzać.

W IRI rozpatruję takie obrazy poprzez mechanikę uwikłań, reprezentacji i WIĘZI. WIĘZI są w moim modelu energetycznymi kanałami przepływu życia, miłości duchowej i zasobów, spajającymi ciało rodowe. Kiedy dochodzi do zapętlenia, człowiek może nie tylko odczuwać ograniczony dostęp do własnych zasobów, ale też inwestować energię w podtrzymywanie dawnej historii. Próbuje kogoś ocalić, pokonać, odzyskać. Tyle że robi to dzisiaj, wobec ludzi, którzy nie są uczestnikami tamtego wydarzenia.

I właśnie to porusza mnie najbardziej. Dawne historie nie muszą ranić wyłącznie tych, którzy w nich uczestniczyli. Ich skutki mogą rozgrywać się w bieżących relacjach, a cenę pomylenia płaci ktoś zupełnie inny. Taką możliwość rozpoznania dają mi ustawienia.

A gdzie w tym wszystkim jest dziewczynka? Ona nie rozumie ani reprezentacji, ani uwikłań, ani dawnych rodzinnych dramatów. Po prostu uczy się rzeczywistości od ludzi, którzy sami mogą być w niej pogubieni. Uczy się, komu wolno mieć potrzeby, czyja odmowa obowiązuje, kiedy trzeba ustąpić i co grozi za sprzeciw. A potem wychodzi z domu z tak skalibrowanym wewnętrznym kompasem i mapą.

Może właśnie dlatego w szatni wiedziałam, czego chcę, ale nie umiałam utrzymać swojego „nie”. A zaproszenie na kawę odczytywałam wyłącznie zgodnie z własnym wyobrażeniem. Nie dlatego, że świat zawsze był niebezpieczny. Dlatego, że ja nie miałam jeszcze dostępu do całego zestawu odpowiedzi potrzebnych, aby sprawdzać, co się naprawdę dzieje.

Czy to wyjaśnia całą moją naiwność? Nie wiem. Nie zamierzam dopasowywać każdego zdarzenia do jednego schematu. Ale pomaga mi rozumieć, dlaczego sama wiedza „mam prawo odmówić” mogła nie wystarczać. Potrzebowałam czegoś więcej: odzyskania własnej pozycji i możliwości zareagowania na rzeczywistą sytuację, a nie na dawny nacisk.


Po co światu — i mnie — była ta Naiwna?

I wraca pytanie z początku. Po jaką cholerę w świecie drapieżników rodzi się Naiwna?

Przez lata uważałam ją za wadliwą część siebie. A teraz zastanawiam się, czy w systemie, w którym dominują kontrola, wrogość i przemoc, nie pojawia się czasem ktoś, kto niesie przeciwieństwo: ufność, szczerość, zdolność do kochania. Czy taka naiwność może być jednym z ruchów równoważących siły? Równowagą, która pozwala układowi trwać, choć dla tej jednej osoby jest bardzo kosztowna?

To moja hipoteza. Nie gotowa odpowiedź. Ale znam tę cenę: system może trwać, a Naiwna płaci za to własnymi szansami, czasem, zdrowiem relacji i kawałkami życia.

Był więc moment, kiedy chciałam z siebie tę naiwność wypędzić. Przestałam ufać. Wszędzie podejrzewałam podstęp. Przestałam opuszczać gardę i czujność w relacji. Prawie przeistoczyłam się w drapieżnika... Tylko że wtedy oddałabym drapieżnikom jeszcze więcej. Pozbyłabym się również swojej wrażliwości, ciekawości ludzi i zdolności do bliskości. A przecież one same nie były problemem.

I tu dopiero zaczyna się moja ciekawsza rozkmina: może nie chodzi o to, że za dużo czuję? Może chodzi o to, że mam za mały dostęp do reszty siebie?

Do gniewu, kiedy ktoś przekracza granice. Do sprzeciwu, gdy cudza potrzeba zaczyna wypierać moją. Do stanowczego „nie”, które nie potrzebuje akceptacji drugiej strony, żeby obowiązywało. Do nieufności wtedy, kiedy są ku niej powody. Do odwagi sprawdzenia, czy czyjeś słowa i zachowanie naprawdę do siebie pasują.

Do czegoś, co kiedyś nazwałabym wręcz nieprzyzwoicie: do własnej wrogości. Nie tej, która musi niszczyć. Tej, która rozpoznaje zagrożenie i potrafi stanąć naprzeciw. Tej, która mówi: „Nie wejdziesz dalej”.

Agresja sama w sobie zaczęła mnie interesować jako zasób życia — siła pozwalająca odpowiedzieć na napór, utrzymać granicę, ochronić własną przestrzeń. Tę samą siłę można wykorzystać do obrony albo do niszczenia. I wcale nie chodzi o to, żeby zamienić Naiwną w drapieżnika. Chodzi o dostęp do całej skali odpowiedzi i o wybór tej, która naprawdę pasuje do sytuacji.

Bo może wystarczy zapytać. Może trzeba odmówić. Czasem odejść. A czasem zatrzymać przekroczenie zdecydowanie i poszukać ochrony. Nie każda sytuacja wymaga tej samej siły. Ale każda wymaga możliwie trafnego rozpoznania tego, z kim i z czym mam do czynienia.

To nazywam powrotem percepcji do właściwego skalibrowania.

Wrażliwość nie znika. Dostaje ochronę. Ufność nie znika. Przestaje być ślepa. Bunt, który niegdyś nie mógł niczego zatrzymać, staje się dostępem do działania.

I może właśnie tam, w cieniu Naiwnej, od dawna czekał diament: wielka zdolność do miłości, a obok niej siła, której kiedyś bałam się użyć.


Ta, którą kiedyś wygnałam

Nie wiem, czy tamten finał zaprowadziłby mnie do fotomodelingu. Nie wiem też, co naprawdę wydarzyłoby się podczas finału I być może kolejnej kawy z dziennikarzem. Nie zamierzam dopisywać do tych historii sensacyjnego zakończenia. Wystarczy mi to, co wiem: pewnego dnia nie poszłam tam, gdzie bardzo chciałam być, ponieważ nie potrafiłam utrzymać własnej odmowy wobec cudzej presji. Paradoksalnie to zatrzymanie prawdopodobnie ochroniło mnie przed przekroczeniem.

Potem były inne sytuacje. Inne koszty. Lata rozpoznawania, skąd biorą się moje reakcje. Kolejne lata uczenia się, że samo zrozumienie nie wystarczy, jeśli w decydującym momencie nadal oddaje się komuś stery.

Ale jest też ulga. Naprawdę wielka. Bo coraz częściej rozpoznaję nacisk, który dawniej brałam za zwykłą prośbę. Widzę, kiedy ktoś nie słucha mojego „nie”, tylko czeka, aż się zmęczę. Potrafię odróżniać cudzy interes od własnego zobowiązania. A kiedy pojawia się niepokój, nie muszę od razu go zagłuszać ani uznawać za dowód, że coś ze mną nie tak. Mogę sprawdzić sytuację. Zatrzymać się. Zdecydować.

I jeszcze jedna niewygodna prawda: wychowując się wśród drapieżnych zachowań, sama też potrafiłam używać siły w sposób, którym raniłam siebie lub innych. Nie chcę już udawać, że całe zło było tylko po jednej stronie. Ale uznanie własnej odpowiedzialności nie wymaga ponownego wygnania Naiwnej. Przeciwnie. Potrzebuję zaopiekować się tą delikatnością, żeby mieć dość wewnętrznej przestrzeni również na prawdę o własnych błędach i na zmianę tego, co jeszcze można zmienić.

Nie mam wpływu na to, z czym moi bliscy wchodzili w swoje relacje ani co zrobili z własnymi uwikłaniami. Mam natomiast coraz większy wpływ na to, co zrobię, kiedy rozpoznam podobny ruch we własnym życiu. Przeszłość wiele tłumaczy, ale nie musi już otrzymywać prawa do kierowania każdym następnym krokiem.

Dziś nie chcę wyganiać Naiwnej na pogranicze pamięci. Chcę ją odzyskać — razem z jej ufnością, szczerością i wrażliwością. Ale nie zamierzam zostawiać jej samej naprzeciw kłów i pazurów. Od tego mam dorosłą siebie, która uczy się widzieć więcej, wytrzymywać cudze niezadowolenie i korzystać z własnej siły bez konieczności niszczenia.

Może właśnie w ten sposób stajemy się jaśniejącymi punktami na mapie innych ludzi. Nie dlatego, że mamy ich ratować. Dlatego, że swoim życiem pokazujemy możliwość, której kiedyś nie było widać: można kochać i pozostać sobą. Można być wrażliwą i silną. Można odmówić i nie przestać być dobrym człowiekiem.


A Ty? Pamiętasz sytuację, w której wiedziałaś, czego chcesz, ale czyjeś uporczywe „proszę” okazało się silniejsze niż Twoje „nie”? A może dopiero po czasie rozpoznałaś, że ktoś grał w zupełnie inną grę, niż Ci się wydawało?

Ja wciąż uczę się rozpoznawać tę różnicę. I od dawna nie mam już o to pretensji do Naiwnej.

Małgorzata IRI Jakubowska

IRI – Integracja Rzeczywistej Istoty

Posłuchaj również historii w cyklu „Cappuccino z IRI – Historie z drugim dnem” na YouTube.


Inspiracja do dalszej lektury: 

Dana C. Jack, Leslie R. Brody, Jennifer Sikov, „Advancing the Next Generation of Research on Self-Silencing and Depression: A Narrative Review and Synthesis of Three Decades of Research”, Sex Roles (2026): https://doi.org/10.1007/s11199-025-01637-8

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
KONTAKT i ZAPISY

Małgorzata IRI Jakubowska
Integracja Rzeczywistej Istoty (IRI)

Ustawienia Systemowe AM​​​​​​

 

SMS/ whatsapp: +48 607 700 712

​Email: kontakt@irijakubowska.pl​​

DOKUMENTY

A tutaj możesz mnie podejrzeć z innej strony:

  • Facebook - Black Circle
  • Instagram - Black Circle
  • YouTube - Black Circle
  • TikTok
  • Pinterest - Black Circle

© od 2017 by Małgorzata IRI Jakubowska USTAWIENIA SYSTEMOWE. Proudly created with Wix.com

bottom of page